8 tydzień roku

Czas pędzi do przodu. Nie idzie, ale pędzi. Chwila temu był Sylwester, a już za chwilę kończy się luty.

W piątek definitywnie zakończyłam wszelkie sprawy związane z moją starą pracą. I tak szczerze…. moja była Szefowa ma do mnie ogromny problem. Nawet niechciala się widzieć, aby dać mi pieniądze za chorobowe. A były szef czyli jej mąż wypytywał na mieście czy aby mnie któraś firma nie podkupiła. Takie kwiatki. Wisienką na torcie była wypłata za właśnie chorobowe…. a dokładnie ilość tego pieniążka. Ale cóż. Nie będę się z głupim kopać. Rozdział pracy na wulkanizacji po 7 latach uważam za zamknięty.

A nowa praca ? Jest i jak narazie ma się dobrze. Choć czy po 3 tygodniach można już ocenić prace? Jest to inny charakter pracy. Bo robię na siebie i u siebie. Faktem jest, że może będę musiała więcej pracować. Ale jeśli dobrze wszystko zrobię, poukładam, to później to zaowocuje w wielu kwestiach.

Pisałam Wam o tym, że mnie dopadło jakieś grypsko pseudo COVID…. i najlepsze jest to że ja nadal smarkam, nadal mam kaszel i nadal gorsze i lepsze dni. Czyli tak za chwilke to minie miesiac 😀 ciekawie, ciekawie…. i te nieszczęsne plecy. Od tego piątku wtedy bolą mnie do dziś. Licze na to, że jak zacznie się wiosna i słońce będzie już inne, to mi przejdzie.

A dziś u nas był bardzo piękny wiosenny dzień. Lekki wiaterek momentami, słoneczko, bezchmurne niebo. Cudnie ! Dlatego namówiłam już wczoraj moja M. Na dzisiejszy spacer. Pierwszy spacer po chorobie, bo najpierw były warunki, ale ja siły nie miałam, później przyszła siermiężna zima, a dziś w końcu pyknęło. O jak mi tego brakowało! Marzyło mi się dzisiaj 8-10 km, ale… buty nam przemokły. Nie przypuszczałam, że na takiej fajnej leśnej drodze zrobi się rzeka! Jak na zlosc musi iść w dolince czego , przez to, że drzewa krzewy nie widac. Wiec z ambitnych planów zrobiło się skromne 5 km…. 😦 poniżej macie fotkę i tutaj pewno zaskoczenie, ale ja korzystam z GPSa. A nie ze smartphona. Gps jest niezawodny i mega dokładny jeśli chodzi o położenie i trasy. A baterie starczają na bardzo długo, popularne paluszki AA. Fakt, jak go dostałam (jest używany, a ja jestem chyba z 3 czy 4 właścicielem) miał Duracell. Łaziłam i łaziłam na nich. Później jak się skończyły załadowałam zwykle jakie miałam w domu, No długo nie pożyły. Wczoraj już założyłam Energizery alkaliczne.

Także życzę Wam udanego dnia 🙂

Zwykły wpis

Plus czy minus….

Na początek w odpowiedzi na komentarz Dotki z poprzedniego posta – tak tak 🙂 szprycuje się witaminami w końskich dawkach. Zarówno C jak i D3. I coś tam jesCze.Dodatkowo przeciwwirusami oraz jeszcze łykam Ashwagande na równowagę wewnętrzną. M czuwa nad tymi sprawami w naszym domu 🙂

Dziadostwo, które mnie dopadło w poprzedni piątek (a jak tak pomyśle, to słabo zaczęłam się czuć koło środy 1,5tyg temu) spowodowało, że trzy dni temu wylądowałam w magicznym namiocie na teście. Niestety, gorączka, bóle mięśni, głowy, mega osłabienie i na koniec brak węchu dało mi do wiwatu. Lekarz w teleporadzie nakazał dalsze badania.

Jeśli chodzi o test to…. szkoda, że po fakcie dowiedziałam się iż można robić wymaz albo z gardła albo z nosogardzieli. Zrobiono mi z nosogardzieli…. a u człowieka który ma złamaną i krzywo zrośnięta przegrodę nosową jest to tak mega w cholerę bolesne. Gdybym wiedziała poprosiłabym o gardło. Więc uwierzcie mi, że ból był…. , a jestem odporna. Taki, że mi się ciemno przed oczami zrobiło i bym zleciała z fotela. Do dziś południa smarkałam krwią(od czwartku rano). Także obym się nie musiała badać kiedyś ponownie przez nos, bo zdzielę wykonującego z prawego sierpowego.

I oczywiście z automatu zostałam skierowana na kwarantannę do czasu otrzymania wyniku. Tutaj kolejne że tak powiem kwiatki. Mianowicie musicie zainstalować aplikacje domowa kwarantanna. Tak tak, poczytałam i jakby człowiek skłamał że niema smartfona, to całuj żabkę w łapkę. Płać piniądze albo świat przez kratki. Wiec zainstalowałam. Pierwszy problem w moim przypadku to kwestia adresu. Mam dwa adresy. Zameldowania i zamieszkania – fakt w tej samej gminie, ale dwie różne miejscowości. Pomimo tego, że te dane już od ponad roku są w NFZ i tak dalej, w apce wgrał się adres zameldowania…. a przecież trzeba odbywać kwarantannę pod tym adresem. Kolejny problem to kwestia mapy z moją lokalizacją jaka się wyświetla i tu już się uśmiałam (na ile oczywiście dałam rade). Mapa wskazywała miejscowość o tej samej nazwie… ale pod Krakowem. Ciul że inny kod, inne województwo, powiat gmina…. nawet jak uruchomilam w telefonie gps, bo i on musi być obligatoryjnie włączony. Wiec dzwonie na infolinie, co mam z tymi fantami zrobić. Na pierwsze Pani z infolinii zmieniła adres (Proszę zainstalować ponownie apke, będzie już okej adres), a na drugie kazano mi włączyć aplikacje Google maps, żeby tam się gps zaczytał, bo aplikacja kwarantanna ma z tym problem. Powiedziałam Pani, że nie mam Google maps. Na co ona, że jak to nie ? Przecież każdy tel z Androidem go ma….. fakt odpowiedziałam – ja mam iOS. Pani wymiękla. Coz. Włączyłam swoją apke mapy i zadziałało. Ale ! Gps działa poprawnie, lecz adres się nie zmienił. I Wiecie co… olałam.

Na sam wynik czekałam do wieczora. Około godziny 21 się pojawił. Jest minus. Jakiś tam kamyk z serca spadł. Ja się o siebie nie bałam. Bałam się o rodzine. O Moją M., która w razie plusa będzie uziemiona ze mną. w domu dwa psy dwa koty. Balam się o rodziców M, bo widziałyśmy się z nimi w sobotę. Bałam się o rodzine od mojej strony. Wszak w piątek niedziele i poniedziałek była u nas moja młodsza siostra, a ona mieszka z całą resztą. Także psychicznie mi ulżyło. Tylko zdrowie nadal było takie se. A dziś odwiedziła mnie policja sprawdzić czy wykonuje kwarantannę… na co ja im że nie, bo przecież mam minus 🙂 – mieli dane z czwartku…

Z racji, że trafiłam na test i moja rekonwalescencja po tym pseudocovidzie nie skończy się w dniu jutrzejszym czyli 31 stycznia – firma w której pracuje postanowiła jednak zakończyć ze mną współpracę właśnie 31… bo przecież jak ja na L4, to oni płacą. Wiec jak najpierw się kategorycznie nie zgadzali na zakończenie mojej pracy w tym terminie, tak teraz się zgodzili. Cóż, pochorowac się nie chciałam, ale wyszło tak jakby na moje.

Tak wiec leżałam, a dziś już nawet od południa siedzę i dochodzę do siebie powoli. Nadal nie czuje się dobrze. Oj bardzo mnie złapało.

Ufff bardzo się dziś rozpisałam 🙂 teraz musi być lepiej u mnie . Ze wszystkim 🙂

Zwykły wpis

L4

Miała być jakaś ciekawa notka z zeszłego tygodnia…. a jest pupa. Zaczęło się w piątek od bólu kręgosłupa. Ale to takiego, że kosmos…. a później z dnia na dzień coraz gorzej. Doszła gorączka, kaszel katar, totalny brak siły, głowa boli, zimne poty oblewają dosłownie. Wiec udałam się do przychodni – czytaj siadłam w przedpokoju z telefonem w ręce – i odbyłam osławioną już w Polsce teleporade. Było to w poniedziałek. Doktór orzekł iż narazie traktujemy to jako przeziębienie. L4 do końca tygodnia. Jak się zacznie pogarszać albo stracę smak – dzwonic. Będzie wskazanie na test.

Ja co sezon jestem chora. Coz poradzić. Taki urok mój. Przepraszam za tak krótki wpis. Ale głowa pęka, oczy łzawią. Fatalnie się czuje.

Trzymajcie się cieplutku 🙂 Ps. U mnie znów spadł śnieg 😉

Zwykły wpis

Ciemna noc

Nie zacznę tego posta pisząc – tak żyje jestem spoko. Bo choć minęły 3 miesiące, to na blogu mnie nie było z całkiem innych powodów niż prozaiczne zapomniałam i zapał mi się skończył. brakło mi czasu, siły.

Sezon w pracy zaczął się nerwowo i niestety cały taki był. Istna gehenna. A w tym wszystkim ja. Choć szczerze, mówiąc brzydko, najebałam targetu (takie mądre słowo z korpo) jakiego chyba w tej firmie jeszcze nie miałam. Sprzedaż raz za razem każdego dnia. pomimo ogromnego zmęczenia po całym dniu 10-11 godzin, potrafiłam uśmiechnąć się do nawet ostatniego klienta. Odbierałam telefon prywatny, bo na niego klienci dzwonili, nawet po pracy. Ale wszystko to przepłaciłam tym że się w tej pracy zatraciłam. Zycie domowe dla mnie nie istniało. Wstawałam, jadłam, jechałam do pracy, pracowałam, wracałam, jadalam i znów spałam. I tak 3 bite miesiące. Moja M. Miała mnie dość. Psy miały mnie dość. Koty miały mnie dość. Chyba nawet rybki, bo obiecałam powiększenie stada i do tej pory nadal mam w dużym akwarium 5 rybek. Słownie pięć.

Z plusów – zaczęłam kurs na przewodnika jurajskiego. Ekstra sprawa, ale tez zabiera mi dużo czasu. Dwa plus narzuciłam sobie spacerki po okolicy. Dla zdrowotności i dla uspokojenia myśli. No i mamy koniec plusów…

W międzyczasie minął tez mój urlop. Jedyny czas w roku kiedy odpoczywam i ładuje baterie wewnętrze na kolejne miesiące. Nigdzie nie wyjechałyśmy. Nawet powiem Wam, że w szkicach leży notatka odnośnie tego czasu z 29 września i właśnie rozkminiam czemu nie znalazła się na blogu ! :O chyba coś musiałam źle poklikac. Generalnie kija zrobiłam przez te dwa tygodnie. Siostra zdąrzyła zaliczyć wypadek samochodowy. Chwała Bogu, że nie z jej winy. Ale auto złom. Mało co szafka ze ściany nie spadłaby na akwarium. I urlop się skończył.

Październik minął i przyszedł listopad. W tym całym kotle czarownicy okazało się, że tak jakby to za bardzo się staram w pracy. Zbyt dobrze podchodzę do jej wykonywania. Zbyt bardzo się przejmuje i przenoszę ją w mojej głowie do domu. Świątek, piątek, niedziela, rano w łazience i wieczornej herbacie wiecznie jest moja praca. Jakbym jeszcze to ja ten biznes prowadziła, jakbym tam kokosy zarabiała. Ale nie. Sama z siebie nie świadomie pracowałam, zbierając wirtualne wyimaginowane ordery pracownika miesiąca. I co mi z tego przyszło? Powiem Wam że nic. Prócz gorzkich słów.

31 grudnia 2020 roku złożyłam wypowiedzenie. Z prośba o zakończenie pracy w dniu 31 stycznia 2021 r.

Zbyt mocno weszłam w tą prace. Chęć bycia perfekcjonista w swoim „zawodzie” mnie chyba zgubił. Pomimo tego, ze daje i dawałam z siebie ponad normę i dostałam pisemna zgodę na zakończone pracy w terminie, szefowa stwierdza że nie. I każdego dnia rzuca kłody pod nogi. Teraz oby do lutego. A później jak nie puszczą to ucieknę.

Tyle o mnie.

A o blogu – dużo mam w głowie planów na notki. Może bardziej rozbudowane , a napewno bardziej poukładane i bardziej ale to bardziej systematyczne. Aby blog miał logiczną ciągłość. Również spowrotem kazda z notek będzie opatrzona zdjęciem/zdjęciami. A czasami nawet i filmikiem. Także nowy rok, to stara ja. Ale w nowych szatach króla. Odświeżyć bloga. Lepiej zaakcentować hasło – i’m Made in Poland.

Kolejna notka już w niedziele. Pozdrawiam Was cieplutku, pomimo tego że mróz za oknami 🙂

Zwykły wpis

Wrzesień ?

Tak, żyję. Tak jako tako. Ale wciągneła mnie totalnie praca. Chyba zapadłam na jakiś pracoholizm… podobno za tydzień zaczyna mi się urlop. I ciekawe jak to będzie. Pewnie kilka dni szczęścia, że urlop, a później – już bym wracała do pracy.

W tym roku wyjątkowo, bo przez Covid nie mamy urlopu w sierpniu, a dopiero teraz. Przez Covida też, raczej nigdzie nie jedziemy. Siedzimy w domu i odkładamy na przyszły rok. Wtedy też chcemy na początku roku skoczyć gdzieś w góry (uwielbiamy góry zimą), a później jak już będzie ciepło, to z przyczepą tu i ówdzie. Bo ten sezon, to mówiąc ładnie się zmarnował. Patrzę na pogodę, choćby teraz leje. Ale to leje tak, że droga płynie. I jutro też ma być deszcz. Byle by słońce bylo po deszczu, to przynajmniej na grzyby pójdę 🙂 na prawe mam miejsce, na rydze mam miejsce, na kozaczki też i na zieleniatki i na siwe, ale na kurki nie. Chodzę i chodzę po okolicy z nadzieją, że w końcu się trafi. Albo też dobrze chodzę, tylko ktoś jest pierwszy a ja druga.

16:00 jeszcze dwie godzinki i do domu 😉 i tyle z notki… nadzór przyszedł

Pozdrawiam Was !

Zwykły wpis

Chwilka relaksu

Zaczęło właśnie padać. Ale dziś był taki skwar, że aż się prosiło o deszcz i burze. Nawet grzmieć zaczyna. Lubię burze 🙂 nawet bardzo lubię tą walkę żywiołów, choć wiem ze to zjawisko niebezpieczne. Siedzę na tarasie, pale papierosa i delektuje się przyjemnym wieczorem. W pracy… dużo pracy. Po prostu.

Ale chyba już przestaje padać. Dobre i tyle deszczu. Kwiatki i roślinki się podlały. Nie trzeba biegać ze szlauchem i wiaderkami.

Patrze na mapę burz i widzę ze nad nami nic nie będzie. Burza przechodzi bardzo bokiem. Nas chyba lekko zaxhaczyla chmura deszczowa.

Także oby do piątku a w sobotę mam wolne ! Hura! Będzie czas na odpoczynek. Poza oczywiście praca na parkingu

Udanej środy Wam życzę. 🙂

Zwykły wpis

Już wtorek

Wczoraj był ciężki dzień w pracy. Zaczęłam już przed 8, wyszłam po 17. Cały czas w biegu. Bo i tyle ludzi było. A to uszkodzona opona, a to felgi, a to ktoś zgubił śruby (tak, jeszcze realizujemy przekładki zima->lato), tu znów komuś dekielek zaginął do felgi i szukaj wiatru w polu. Innemu się te co mial kilka lat nie podobają. Wieczora miałam więcej niż dość.

Druga kwestia to … Chorwacja. Jedzie tam taka masakryczna ilość ludzi. Wszyscy moi wczorajsi pechowcy jechali do CHorwacji. Na grupach karawaningowych na facebooku, co drugi post to główny temat Chorwacja. Aż czekać, gdy zamkną ten kraj. Broń, źle ludziom nie życzę, ale taki spęd aż sam się prosi. Może ten kraj ładny, ale jak widzę ceny, to mnie z butów wyrywa. Tak na świeżo z dziś…gostek na grupie za trochę pieczywa – precelek, bagietka, dwa croissanty – zapłacił w przeliczeniu 33.50 zł ! ja tiebia… 😦 kosmos. Ktoś może napisać, że po co patrzę tak daleko, jak nad morzem drożyna. No powiem Wam, że mogę z tym polemizować. Byłam dwa lata temu we Władysławowie (o tym, też będzie kilka postów 🙂 ) i jeśli mam być szczera, to nie odczułam aby było cholernie drogo. Dla mnie ceny jak w każdej miejscowości zdrojowej żyjącej z turystyki. Nawet kwatery jak orientowałam się w zeszłym roku nie są wcale tanie.

DObry cenowo to jest Balaton i Węgry 😛 (tak, o tym też będą kiedyś notki). W ogóle Węgry to kraj który bardzo lubię. Szkoda, tylko że rządzi nim Orban. Taki ichnieszy Kaczor….

Dziś jest spokojnie. Bo i tą notkę udało się jakoś sklecić. I może zaraz zrobię sobie kawusi z mlekiem.

Miłego dnia dla Was !

Zwykły wpis

Godzina szósta, minut trzydzieści….

Znudziło mi się chodzenie do pracy na godzinę 8. Zdecydowanie zrobiła się to nie moja pora. Bo żeby tak na spokojnie się ogarnąć przed pracą to właśnie o tej 6:30 muszę najpóźniej wstac. Także ustawiam budzik na 6:15 żeby mieć chwile jeszcze dla siebie w lozku. Co z tego skoro ostatnimi czasy zamiast wstać, to kilkałam drzemkę na telefonie. I później „takie kwiatki” jak wstawanie o 7:00, szybko szybko, śniadanie w kieszeń, bo niema czasu zjeść i pędem do pracy. A że dojeżdżam autem, bo mam jakieś… 23 km… to trzeba się spieszyć. Kosmos jakiś.

Dlatego właśnie ostatnio bardzo sobie cenię, te dni w których pracuje na 10:00 (właśnie w ostatnia środę zmienili mi godziny po staremu). Jedynie M. To niebardzo pasuje, bo jak wyjdę z pracy o 18:00 to jestem znosnie o 18:30 w domu. Gorzej gdy mnie jakiś klient przytrzyma, to wtedy czas się wydłuża bo muszę stać na przejedzie kolejowym. I tu w zależności od dróżnika, stoisz albo 5/10 minut, albo 20/25… wiec sami możecie policzyć.

Teraz jest 6:37…. nadal mi ciężko się zebrać w sobie. Sukces bo siedzę w kuchni, a nie leżę w lozku.

Pozdrawiam Was i życzę przyjemnego poniedziałku.

P.s. Czy u Was tez jest taka plaga komarów? Właśnie, we własnej kuchnii w świetle dnia, krwiopijca postanowił mnie napaść.

Zwykły wpis

Znów Bieszczady :)

Dziś krótki wpis i zdjęcia z naszego zeszłorocznego wypadu do Polańczyka w bieszczadach. bo to miejsce gdzie lubimy wracać. Ja osobiście byłam już…. 5 razy. Ale tam jest tak magicznie i tak dobrze się czuje, że nigdy mi się nie znudzi. Zeszły rok był właśnie tym pierwszym wyjazdem z przyczepą. Pierwsza tak długa trasa z ogonkiem jak zdrobniale mówimy na jazdę z przyczepą.

Było świetnie. Odpoczynek i odcinka od codzienności. Uwierzcie, że bardzo ciężko było wyjechać….

Takze jeśli nigdy nie byliście w Polańczyku, polecam! Z całego serducha!

Moje początki z kamerką a’la Go Pro 😉
Zza drzew
Nasz zestawik w pełnej krasie
Zwykły wpis

Czerwcowe wspominki

Korona odpuścił to i w pracy ruch jak nigdy o tej porze roku. Bo dziś 9 lipca (Ps. tak, zaczęłam tą notkę pisać tego dnia…), a nadal wymieniamy opony z zimowych na letnie. W lipcu to ja już na spokojnie piłam kawkę w pracy i zajmowałam się tym na co w sezonie niema czasu – np. sprzątanie biura czy układanie na półkach i w szafkach.

Druga tura wyborów już po… – i Twój ból jest lepszy niż mój. Dalej komentować nie będę.

A jeśli chodzi o Made in Poland to dziś o krótkim wyjeździe z weekendu czerwcowego 🙂 Jakiś czas temu siostra z prawie szwagrem zaproponowali wspólny weekend na rybach. Lubię naturę i kiedyś dość poważnie wędkowałam, lecz później czas zweryfikował to i owo . Także zaklepałam w pracy dzień urlopu, sobota akurat wypadła jako moja wolna, zapakowałam mandżur do przyczepki i heja przed siebie.

Stawy w Jaworzniku koło Żarek są bardzo urokliwe. Cisza, spokój. Jedyne co to trzeba się psikać Offem Brosem i kadzić przeciw komarom, choć i tak bylo ich niewiele jak na tą porę roku. Dojazd tylko jest średni… przez jakiś czas mamy drogę przez las która podczas i po deszczu przypomina bajoro pełne błota. Generalnie ta miejscówka jest 30 km od naszego domu ( siostra mieszka w tej samej gminie, ale jakieś 6-8 km dalej w innej miejscowości), więc na upartego można często jeździć tam 🙂

Ten wyjazd też pokazał, że kwestia instalacji fotowoltanicznej (popularnych solarów) to nie jakaś abstrakcja, a jednak rzecz którą musimy mieć. Pomimo tego, że takie wyjazdy nie są u nas tak częste. Ale jednak. Oczywiście Niewiadówka sprawdziła się bardzo dobrze ! Nocą cieplutko suchutko. Jak człowiek się szybko przyzwyczaja do dobrego 😛 kiedyś tak samo mówiłam że jest w namiocie. A przecież do namiotu wchodzi jednak wilgoć od wody.

Pierwszy wyjazd w tym roku 4 dni nad wodą uważam za udane 🙂

Niewiadóweczka Nasza w pełnej krasie 🙂
Zwykły wpis